poniedziałek, 3 lutego 2014

ROZDZIAŁ XXIV



Nie zdążyła nic powiedzieć, a w drzwiach stanął Klaus. Miał na sobie ciemną bluzkę z długim rękawem i spodnie. Uśmiechnął się krzywo.
- Jak się czujesz? Straciłaś przytomność…
- Dobrze – skłamała. – A ty?
- Ja?
- Jak się czujesz? – zapytała opierając się o ścianę.
- Hmm…
- Ahh… Nie wiesz.
- Czego nie wiem?
- To ty trochę ucierpiałeś przy zaklęciu. Pomyślałam, że Kol chciałby od razu… - nie dokończyła, bo przerwał jej Klaus.
- Nie, nie wiedziałem – westchnął. – Ale jak używałaś tego zaklęcia wtedy czułem, jak uchodzi ze mnie energia. Nie cała, ale czułem to. Jakby ktoś mi coś odbierał – zamilkł.
Zapadła cisza. Bonnie nie wytrzymała, spojrzała na niego i powiedziała.
- Przepraszam. Nie wiedziałam jak to będzie…
         Pierwotny się roześmiał. Podszedł do jej łóżka i usiadł obok niej.
- To my powinniśmy cię przeprosić. Naraziliśmy cię na niebezpieczeństwo.
- Zapomniałeś dodać, że się na to zgodziłam. Zawarliśmy umowę – odparła, próbując wstać. Jęknęła.
- Mówiłaś, że dobrze się czujesz. Co ci jest?
- Jeszcze nie wiem, ale poradzę sobie.
         Odepchnęła się od łóżka i wstała. Nogi ugięły się pod nią, i przeszył ją ostry ból. Upadłaby, gdyby nie złapał jej Klaus. Jej powieki zrobiły się cięższe, jakby ważyły kilka kilogramów. Ostatnie, co zobaczyła to pierwszego mówiącego do niej.

* * * * *

Katherine nie spała. Oparła głowę na piersi swojego ukochanego.
- Dziękuję.
         Kol pocałował ją delikatnie w czoło. Po chwili odsunął ją od siebie, wstał i podszedł do mini lodówki. Wyciągnął z niej dwa woreczki z krwią. Podał je Kath, która przyjęła je z wdzięcznością.
- W końcu się mogę napić – otworzyła jeden z nich i wypiła całą zawartość.
         Nabrała trochę kolorów. Uśmiechnęła się do Kola.
- Nie wychodź jeszcze.
         Usiadł z powrotem przy niej, kładąc swoją rękę na jej ramieniu. Przez dłuższą chwilę nic nie mówili. Siedzieli, myśląc nad czymś.
- Kol, wiesz co było najgorsze? – zapytała nagle.
- Co?
- Nie mogłam nic zrobić, nawet się uczesać.
         Pierwszy wybuchnął śmiechem. Co mógł więcej? Powiedzieć jej, że i tak wyglądała wspaniale?
- Cała Katherine Pierce.
- I to, że cię nie było przy mnie – dodała po chwili namysłu. Przeniosła na niego wzrok.
         Patrzeli sobie prosto w oczy. Niejedna dziewczyna nie wytrzymałaby spojrzenia Kola1.
- Kocham cię – powiedział.
- Ja ciebie też.
         Pocałowali się. Kath zarzuciła mu ręce na szyję. Kol jedną dłoń miał we włosach ukochanej, a drugą trzymał jej twarz. Pocałunek był namiętny i długi. Chcieli więcej, ale wiedzieli, że tutaj nie powinni tego robić. Tęsknili za sobą, fakt, ale potrzebowali odpoczynku. I fizycznego i psychicznego. Oderwali się od siebie. Ciężko oddychali.
         Ktoś zapukał do drzwi i wszedł.
- Nie chcę wam przeszkadzać, czy coś, ale coś złego z Bonnie się dzieje – oznajmił. – Wstała i musiałem ją złapać, żeby nie upadła. Znów jest nieprzytomna, powinniśmy wrócić do Mystic Falls.
- Może to tylko wyczerpanie? – zapytał Kol.
- Tego nie wiemy. Okaże się to wkrótce. Wyjeżdżamy za dwadzieścia minut. Najedzcie się, spakujcie i jedziemy – powiedział i wyszedł.
- Od kiedy interesuje go Bonnie? – zapytała Kath, marszcząc brwi.
- Próbowała cię uratować, ale mieliśmy umowę.
- Umowę?
         Pierwotny wyjaśnił jej krótko, o co w niej chodziło. Trwało to zaledwie parę minut. Na koniec westchnął.
- Trzeba się uszykować do wyjazdu. Spakuję kilka rzeczy, a ty jeszcze się napij krwi. Nabierzesz trochę kolorów – uśmiechnął się do niej.
         Pierce posłuchała go i wypiła połowę drugiego woreczka. Wiedziała, że musi wrócić do formy. Była zmęczona i wyczerpana, ale też zadowolona, że ma swojego ukochanego przy sobie. Nie wiedziała, jak myśleć teraz po tym wszystkim. Gdyby Bonnie i Caroline nie zgodziłyby się zawrzeć umowy, możliwe, że nadal byłaby przetrzymywana przez Jessice albo co gorsza mogłaby nie żyć. Szybko odrzuciła te myśli. Próbowała wstać, ale stało się to trudniejsze niż podejrzewała. Czuła, jakby miała nogi z waty, ale nie upadła. Była wystarczająco silna, by dojść do samochodu. Przynajmniej taką miała nadzieję.
- Dasz radę iść? – zapytał nagle Kol, patrząc na ukochaną swoimi zatroskanymi oczami.
- Chyba tak. Spróbuję, najwyżej mnie złapiesz – mrugnęła do niego.
         Kiedy mieli wyjść z pokoju pierwszy, podał jej swoje ramię. Katherine przyjęła je z przyjemnością i podziękowała. W drugiej ręce trzymał bagaż. Wyszli z pokoju, w salonie nikogo nie zastali. Na stole leżała karteczka zwinięta na pół. Kol rozłożył ją i przeczytał ją po cichu.

Nie znacie mnie, ale ja poznałem/łam was. Nie powstrzymacie mnie. Wy – pierwotni, wampirzyca i czarownica pożałujecie. Chociaż miałbym/miałabym szukać tysiące lat, znajdę sposób do zniszczenia was. Każda bliska wam osoba zostanie zraniona, począwszy od Barbie z Mystic Falls. Zakładam, że domyślacie się o kogo chodzi. Wkrótce dowiecie się kim jestem.

- Mamy małe kłopoty – stwierdził.
- Co? Daj to… - wyrwała mu kartkę z ręki i przeczytała. – Rzeczywiście. To musi być ktoś, kto znał Jessice.
- Kto znał Jessice? – do pomieszczenia wszedł Klaus.
- Ten kto napisał ten list – odparła Kath, podając mu kartkę.
         Gdy ją przeczytał, opadł na kanapę.
- Jak ta kartka się tu znalazła w ogóle? – zapytał, chociaż wiedział, że nikt nie będzie znał odpowiedzi. – Musimy natychmiast wracać do Mystic Falls – stwierdził, z powrotem wstał i skierował się do pokoju Bonnie.
         Czarownica spała. Jej klatka piersiowa unosiła się systematycznie: do góry i na dół. Leżała bokiem, a jej włosy zasłaniały część twarzy.
- Bonnie? – powiedział Klaus, podchodząc do jej łóżka. Szturchnął lekko jej ramieniem. – Bonnie? – powtórzył. – Cholera. – mruknął pod nosem.
         Odpowiedziała mu cisza. Klaus postanowił spakować rzeczy Bonnie, choć większość już była pochowana. Schował jej telefon i księgę do torby.
- Kol! – zwołał go.
         Po chwili w pomieszczeniu stał Kol. Trzymał w jednej ręce walizkę. Był już gotowy do wyjścia.
- O co chodzi?
- Musisz wziąć jeszcze jej walizkę. Ja wezmę Bonnie i torebkę.
- Nadal jest nieprzytomna?
- Jak widać… Musimy coś zrobić. Może jak będziemy wracać się obudzi – mówił z małą nadzieją w głosie.
         Już bez słowa, wzięli Bonnie i jej rzeczy do samochodu. Usiedli tak jak wcześniej. Większość drogi milczeli, jednak później czarownica zmarszczyła brwi i po chwili otworzyła oczy. Czuła ból głowy. Zobaczyła przednią szybę samochodu, kiedy przekręciła głowę w lewo ujrzała Klausa. Patrzał na nią, a później oderwał od niej wzrok, bo prowadził samochód.
- Już myślałem, że się nie obudzisz – stwierdził. – Mówiłaś, że się dobrze czułaś…
- Tylko brzuch mnie bolał. Nie wiedziałam, że nie ustanę na nogach. Myślałam, że to zaklęcie tak mocno nie wyczerpuje… - mówiła szeptem. Zaschło w gardle, co o dziwo zauważyła Katherine. Sięgnęła do torebki Bonnie i wyciągnęła butelkę wody.
- Weź. Dzięki, że pomogłaś mnie uratować – jej ton głosu był niemal obojętny. Jednak można było usłyszeć odrobinę wdzięczności.
- Dzięki… - wzięła kilka łyków i dodała. – Chciałam to zrobić dla Caroline  oraz dla Mystic Falls.
- Słyszałam… Ale i tak dzięki – wzruszyła ramionami i oparła głowę o ramię Kola.
- Teraz mamy inne zmartwienie – odezwał się Kol.
- Między innymi Caroline jest jednym z nich.
- Co?! Możecie mi powiedzieć, o co chodzi?
         Klaus sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej złożoną kartkę. Podał ją Bonnie. Kiedy ją przeczytała krzyknęła tylko:
- Gazu do cholery! Muszę do niej zadzwonić. Dajcie mi moją torebkę!
         Kath podała jej szybko torbę. Czarownica wygrzebała z niej swoją komórkę. Jej ręce drżały. W końcu udało jej się wykręcić numer Caroline. Przyłożyła telefon do ucha. Pierwszy sygnał – nic. Drugi sygnał – nic. Po trzecim odezwała się poczta.
- Nie odbiera…    
         Bonnie odgarnęła włosy z twarzy. Była załamana. Cała się trzęsła. Czemu Caroline? – pytała się.
- Nie wiem… Może widzieli nas z nią. – czarownica uświadomiła, że zadała pytanie na głos.
- A ja chciałam, żeby była szczęśliwa… - przerwała i po chwili dodała. - Tyler! Właśnie. Może akurat jest z nią? Może ją obroni?! – ożywiła się trochę, ale Klaus sprawił, że jej nadzieja niemal znikła.
- Tyler? Wątpię. Uciekłby raczej albo nie poradziłby sobie. W najlepszym przypadku wzięliby też jego.
         Bonnie posłała mu jadowite spojrzenie. Jak mógł tak mówić!? No tak, zapomniałam, że się nienawidzą – myślała.
- Nie możesz jechać szybciej? – zapytała po kilku minutach.
         Klaus spojrzał na nią marszcząc brwi.
- Myślałam, że nie przejmujecie się policją. Przecież możecie ich zahipnotyzować… Pośpiesz się do diabła!
         Pierwotny nie odezwał się, co zdziwiło Bonnie. Jedynie nacisnął pedał gazu. Przyśpieszyli. Czarownica pogrążyła się w myślach. Nie myślała o niczym innym, tylko o Caroline i o tym kto może chcieć zemsty… Wiedziała, a raczej domyśliła się, że ta osoba musiała znać Jessicę. Kto inaczej mógłby to być? Nie umiała znaleźć innego pomysłu. Po kilku minutach byli już w Mystic Falls. Bonnie nie musiała mówić, żeby od razu podjechać pod dom Caroline, bo Klaus o tym dobrze wiedział. Sam nie chciał, żeby jej się coś stało.
         W aucie zostali Kol i Kath. Jeszcze nie zdążyli zahamować, a Bonnie wysiadła z samochodu i podbiegła do drzwi. Energicznie w nie zapukała. Otworzyła jej Liz. Klaus doszedł do boku czarownicy.
- Jest Caroline? – zapytała zadyszana.
- Nie ma jej. Mówiła, że idzie spotkać się z Tylerem.  Coś się stało?
- Szukamy jej tylko… - powiedział Klaus. – A mówiła gdzie się z nim spotka?
- U niego…
         Gdy to usłyszeli, bez pożegnania wrócili szybkim krokiem do auta. Bez słowa wsiedli do samochodu. Bonnie zapięła pas, a pierwotny odjechał spod domu Caroline.
- Gdzie jedziemy? – zapytała Katherine.
- Do Tylera. Pani szeryf powiedziała, że Caroline poszła do niego się z nim spotkać.
         Resztę drogi milczeli. Ręce Bonnie się trzęsły. Postanowiła przyszykować się na wszelki wypadek, więc wyciągnęła księgę z torebki i przerzucała kartki, obrzucając każdą z nich uważnym wzrokiem. Zatrzymała się na jednej. Przesunęła palcem po kilku linijkach.
- Nie mogę teraz rzucić zaklęcia chroniącego niektórych. Dużo energii do tego potrzebuję… - westchnęła.
- Kiedy znajdziemy Caroline całą i zdrową, odpoczniesz i zjesz coś, jak chcesz rzucić to zaklęcie – odparł Klaus, nie patrząc w jej stronę.
- Oczywiście, że chcę. Niestety nie mogę rzucić czaru na całe Mystic Falls. Tylko zaledwie parę osób… Mam nadzieję, że zadbacie siebie.
- Nie martw się nami. To my cię w to bagno wplątaliśmy.
- Ale ja się zgodziłam – dodała.
- Nie musiałaś – szepnęła Katherine. – Nie musiałaś mnie ratować. Wiem, chciałaś zrobić to dla Barbie i dla Mystic Falls… Ale nie możesz uratować wszystkich teraz przed… hmm… tą świrniętą osobą.
         Cisza. Bonnie zatkało. Katherine mówiła dziwnie, bardzo dziwnie. Nigdy się tak nie zachowywała. Przynajmniej nie w jej obecności. Spojrzała na Klausa i zauważyła, że on też był trochę zaskoczony. Przeniosła wzrok na Kola i wyglądał podobnie. Kath zauważyła, że Bonnie i ukochany się na nią patrzą i odezwała się.
- Ups. Wiem, dziwnie się zachowuje… Powiedziałam, co myślę, a że to zabrzmiało dość miło to nie moja wina – założyła ręce na piersi.
         Klaus cicho się zaśmiał. Po chwili zatrzymał samochód. Tym razem wyszli wszyscy. Kol nadal musiał podtrzymywać Kath, ale już nie tak bardzo jak wcześniej. Polepszyło jej się odkąd wypiła dwa woreczki z krwią. Jedynym problemem było zaproszenie. Ani Kol ani Klaus nie mogli wejść do środka.
- Nie wiem czy to bezpieczne – stwierdził Kol.
- Pójdę sama – oznajmiła Bonnie.
- Ja też idę. Dam radę – dodała Katherine.
         Wszyscy spojrzeli na nią zdumieni.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Jesteś przemęczona i potrzebujesz krwi – powiedziała czarownica.
- Ty też… Znaczy ty nie potrzebujesz krwi ale jesteś zmęczona i potrzebujesz snu, ja go nie potrzebuję. Większość pobytu w tym hotelu przespałam – wzruszyła ramionami. – Idę. Byłam zaproszona.
- Nie. Dopiero co zostałaś uratowana, a teraz może się znowu coś wydarzyć.
- Kiedy znajdziemy Tylera powiem mu, żeby was zaprosił.
- Zaprosi tylko mnie, bo ja mu zniszczyłem życie – oznajmił złośliwie uśmiechnięty Klaus.
- Nie wiem, z jakiego powodu możesz śmiać – powiedziała czarownica. – Kath jak chcesz to chodź, ale nie obiecuję, że wrócisz bez obrażeń.
         Katherine skrzywiła się.
- Idę. Kol nie martw się o mnie – pocałowała go i poszła za Bonnie.
         Obie weszły do środka, zostawiając pierwotnych na zewnątrz. Pierce nadal stawiała niepewne kroki. Próbowała ustać, lecz utrudniały jej też buty na wysokim obcasie.
         Przeszły przez cały parter, zaglądając do każdego z pokoi. Nikogo tam nie było, więc wspięły się po schodach. Usłyszały jakiś trzask. Bonnie pobiegła do pokoju, z którego dobiegał hałas. Kath ją dogoniła. Otworzyły drzwi. W pomieszczeniu na łóżku, leżała nieruchomo Caroline. Na podłodze leżał Tyler, lecz odzyskał przytomność. Oboje mieli włosy we krwi, a ubrania były zniszczone. Caroline na czole, na ramionach, na nogach miała krew. Bonnie podbiegła do niej błyskawicznie.
- Caroline! Kath wyciągnij z niej te kule. Ktoś tu był i strzelał do niej z drewnianych kul. Boże! Caroline, słyszysz mnie?
         Katherine podeszła do niej i jęknęła.
- Ble… Nigdy nie miałam drewnianej kuli w czole. Ona musi sama to wyciągnąć albo samo wypadnie jak będzie się goiło. Możemy wyciągnąć jedynie z nóg i ramion.
         Tyler nic nie mówił. Sam dostał niejedną kulą. Pewnie osoba, która to zrobiła śledziła Caroline, ale go się nie spodziewała. Zajął się sobą. Wyciągnął sobie kule z ramienia.
- Tyler! – krzyknęła Bonnie, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność. – Co się tu stało? Kto to zrobił?!
- Przyszliśmy do mnie i się całowaliśmy. Nagle ktoś wszedł do środka i zaczęła strzelać. Mówiłem Caroline, żeby uciekała, jak dostałem z pierwszej kuli, ale ona nie chciała mnie zostawić.
- Kto to był?
         Tyler jęknął, bo wyciągnął następną kulę.
- Nie wiem, nigdy wcześniej jej nie widziałem.
- Jej? Czyli to ona?
- Mówię przecież.
         Katherine zdołała wyciągnąć trzy kule. Rany się powoli zagoiły. Caroline się ocknęła. Wszystko ją bolało.
- Auu! Moje czoło…
- Wyciągnij sobie kule – poradziła Katherine.
- Co wy tu robicie? Żyjesz? – spojrzała na Kath.
- Jak widać – wzruszyła ramionami.
         Caroline wyciągnęła kulę z czoła, co trochę musiało ją zaboleć. Kiedy pozbyła się wszystkich kul zapytała.
- Skąd wiedziałyście, że tu jestem?
         Bonnie w skrócie opowiedziała jej całą historię. Pierce wtrącała czasem coś, czego czarownica nie wiedziała. Tyler przysłuchiwał się, siedząc przy Caroline.
- Więc zabiliście tą wiedźmę i teraz ktoś się mści? – zapytał na podsumowanie.
- Tak. Niedługo Elena może być następna.
- Muszę wam coś powiedzieć, ale najpierw Tyler zaproś Kola i Klausa do środka – powiedziała niechętnie.
- Klausa? W życiu. Najlepiej chodźmy gdzieś indziej.
         Gdy cała czwórka wyszła na zewnątrz Bonnie dodała.
- Tylko wy dwaj – wskazała na Klausa i Tylera. – Nie pozabijajcie się.
- Mnie się nie da zabić – oznajmił dumnie Niklaus. – Ale nie zamierzam zabić jego.
- To dobrze – westchnęła czarownica. – Chodźmy gdzieś. Ktoś proponuje gdzie można iść?
- Chodźmy do nas – zaproponowała Katherine.

* * * * *


         Klaus i Tyler w salonie siedzieli na przeciwnych stronach pomieszczenia w fotelach. Bonnie usiadła obok Kola i Kath na kanapie. Caroline siedziała obok przyjaciółki. Wszystko było tak jak wcześniej. Została nawet dziura w ścianie po upadku pierwszego. Obraz, który wcześniej spadł na niego, leżał teraz na podłodze obok kawałków ściany i kurzu.
- To ma ktoś ochotę na coś do picia? – zapytał gospodarz domu.
- Ja bym poprosiła wodę…
- Mi możesz przynieść krew – powiedziała Kath.
- Mi też – odezwał się Klaus równocześnie z Caroline.
         Poczuła jak krew napływa jej do policzek. „Wampiry się nie rumienią”, pomyślała. Opuściła głowę na wypadek. Kath zachichotała, a Kol poszedł do kuchni. Nikt się nie odezwał do chwili, kiedy pierwotny wrócił obładowany „napojami”. Każdemu coś podał, oprócz Tyler’owi. Sobie wziął także woreczek z krwią.
         Wilkołak patrzał z obrzydzeniem na pierwotnych i Kath, kiedy pili krew. Może nie pili prosto z żył, ale zawsze to była ludzka krew. Z Caroline było inaczej. To Katherine ją zabiła i przez nią stała się wampirem. Teraz widział, że jej nie przeszkadzało bycie nim. Cieszyła się z życia, tak jak wtedy, kiedy była człowiekiem. Obecnie jedynie miała o wiele więcej czasu.
- To co zamierzacie teraz zrobić? – zapytał Tyler, gdy przeczytał list.
- Bonnie zamierza rzucić później zaklęcie na kilka osób.
- Jak tylko odpocznę, biorę się do pracy, więc pozwólcie. – powiedziała wstając.
- Idź do pokoju gościnnego. Nie wracaj do domu.
- Bonnie, poczekaj chwilę – dodała Caroline chwytając ją za rękę. – Muszę powiedzieć, wam to, co powiedziała mi ta kobieta.
- Dopiero teraz nam mówisz, że coś mówiła?! Caroline! – mówiła Bonnie, opadając z powrotem na kanapę. – Mów.
- Czemu ja nie słyszałem, jak mówiła? – zapytał wilkołak.
- Ponieważ byłeś już nieprzytomny – westchnęła. – Powiedziała, cytuję: „Przekaż im wiadomość. To dopiero początek. Możecie to zakończyć, oddając nam czarownicę lub wampirzycę”.
         Awantura wybuchła. Kol zaczął bronić Kath, Tyler natomiast chciał im ją oddać. Caroline nie mówiła nic, podobnie jak Klaus. Bonnie, odezwała się,
- Pójdę.
- Co? Nie! Nie pozwalam ci Bonnie Bennett – odparła ostro Caroline.
- To jedyny sposób, żeby to zakończyć – powiedział Kol.
- Kol! Ona pomogła ci uratować Katherine. Nie możemy ich tak po prostu oddać w ręce naszego wroga – oznajmił stanowczo Klaus.
- To co zamierzasz zrobić? Katherine nie chce iść. W ogóle nie powinna, dopiero co została uratowana – wzruszyła ramionami. – Więc ja pójdę.
- Ugh… Bonnie! Nie ma mowy. Wiem, że lubisz się poświęcaj, ale tak nie można. Nie wiadomo, co od ciebie albo od Katherine chce!
- Dajcie jej Kath – powiedział Tyler.
         Kol posłał mu zabójcze spojrzenie. Wilkołak zamilkł.
- Zastanowimy się nad tym jutro. Dzisiaj powinniśmy odpocząć, szczególnie Bonnie i Katherine – oznajmił Niklaus. – Powinniśmy być w jednym miejscu, więc Bonnie z Caroline pójdę do pokoju gościnnego, ja i Tyler zostaniemy w salonie, a Kol i Kath pójdą do swojej sypialni.
- Nie, Klaus – powiedziała ostro Bonnie. – Tyler i Caroline niech pójdą do gościnnego. Ja zostanę tutaj. Nie chcę, żebyś go zabił w nocy.
         Pierwotny zaśmiał się.
- Nie zamierzałem go zabić, choć przyznam, że pomyślałem o niej. Niech będzie. Ja się zdrzemnę na fotelu, a tobie odstąpię kanapę.
         Nikt się już nie odezwał. Wszyscy zrobili tak jak ustalili to Klaus i Bonnie. Tyler dziękował w duchu za to, że nie musi przebywać z hybrydą w jednym pomieszczeniu. 



1 Już dawno by zemdlały xD


_______________


No w końcu skończyłam. Męczyłam się z tym rozdziałem wyjątkowo ;) Mam nadzieję, że się wam spodoba. Postaram się tym razem szybciej dodać rozdział o Klausie i Kath, bo mam ferie ^^ Zostawcie po sobie komentarz ;]
Co byście sądzili, jakbym połączyła Bonnie z Klausem? Jestem ogólnie za Klaroline, ale coś mnie naszło na Bonnie i Klausa xD 
Pozdrawiam czytelników ;*

czwartek, 2 stycznia 2014

ROZDZIAŁ XXIII



Bonnie była zdziwiona, że tak łatwo poszło. Wyciągnęła torebkę i schowała do niej najpotrzebniejsze rzeczy na przypadek. Były to: księga, mapa, werbena. Walizkę włożyła pod łóżko. Zostało jej jeszcze trochę czasu, więc poszła do stołówki.
         Wzięła jedynie kromkę chleba i plaster żółtego sera oraz herbatę z cytryną. Usadowiła się przy stoliku, samotnie jedząc. Kiedy skończyła poszła jeszcze do łazienki.
         Wracając do swojego pokoju spotkała Klausa. Był trochę zdziwiony, ale próbował tego nie pokazywać.
-  Co tutaj robisz?
- Przyszłam coś zjeść.
- Wstąpilibyśmy gdzieś po drodze…
- Wiem, ale miałam jeszcze czas. Pójdę jedynie po swoją torebkę i możemy wyruszać.
- Nie musisz – usłyszeli znajomy głos. Kol. Stał już przed nimi, a w ręku trzymał torebkę Bonnie.
- Nie… Z resztą nie ważne.
         Wzięła swoją torbę i wyszli z hotelu. Weszli do samochodu zaparkowanego ulicę dalej. Klaus siedział za kierownicą.
- Klaus, wiesz gdzie jest hotel „U Jake’a”?
- Hmm… Wiem… Dojedziemy tam w pięć może dziesięć minut.
- Lepiej w pięć – wymamrotał pod nosem.
- I tak nie wiem po co ja jadę – odezwała się Bonnie.
- Po to, żebyś mogła dostać się do Katherine.  Zawsze możesz się przydać. Jesteś czarownicą. Mówiłaś mi… - przerwał Klaus, patrząc na Kola.
         Wyglądało na to, że nie powiedział mu, że wiedźmy czerpią energię z wampirów i innych nadprzyrodzonych „stworzeń”. Nie chciał go denerwować, że Kath mogło się coś stać, ale Bonnie się nie powstrzymała i zapytała hybrydę.
- Nie powiedziałeś mu?
         On w odpowiedzi tylko pokręcił głową.
- Kol… nie chcę cię martwić, ale wiedźmy czerpią swoją moc z wilkołaków, wampirów, czarowników i innych takich. 
         Kol obrócił głowę w jej stronę.
- Może to ich zabić? – spytał po chwili.
- Nie wiem. Nie licząc Jessici nie spotkałam wiedźmy. Jeszcze nie dzwoniłam do mojej mamy, żeby się czegoś dowiedzieć, ale Kath jeszcze żyje, bo jakby było inaczej zaklęcie lokalizujące nie zadziałałoby.
         Pierwotny westchnął i sięgnął do kieszeni od kurtki. Wyjął z niej telefon i podał go Bonnie.
- Zadzwoń i dowiedz się czegoś. Zanim dojedziemy na miejsce może czegoś się dowiemy. Spytaj się, jak można pokonać wiedźmy.
         Czarownica skinęła głową, wykręciła numer i przyłożyła komórkę do ucha.
- Halo? Mama?
         Rozmowa trwała niecałe pięć minut, jednak oni nadal byli w drodze.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytał zniecierpliwiony Kol.
- Jeśli wiedźmy będą pobierać moc z wampirów lub z wilkołaków to mogą umrzeć. Jednak rzadko to się zdarza, ponieważ trudno to im wykonać, bo potrzebują sporo czasu i kilku niezbędnych rzeczy. Można je powstrzymać, ale trzeba silnego zaklęcia i w tej sytuacji wampira, który na tym trochę ucierpi…
- Ale przeżyje? – zapytał Klaus.
- Ten wampir, który jest potrzebny do zaklęcia? Tak – odparła.
- A znasz to zaklęcie?
- Nie… Ale moja mama już szuka, zadzwoni na twój numer jak już znajdzie.
- Niech się lepiej pośpieszy.
         Bonnie nic więcej nie powiedziała, bo zatrzymali się. Wyjrzała za szybę i ujrzała wielki świecący napis: „U Jake’a”. Hotel wyglądał na drogi, ale nie aż tak. Wyszli z auta patrząc na budynek.
- To niby tutaj Jessica przetrzymuje Kath? – zapytała w końcu.
- Ty znalazłaś to miejsce – odparł Kol.
- Za pomocą twojej krwi – dodała. – No to chodźmy.
         Weszli do hotelu, w którym znajdowała się recepcja. Siedziała przy niej dziewczyna o ciemnych włosach opadających jej na ramiona oraz brązowych oczach. Ubrana była w czarną sukienkę i rajstopy. Buty miała na wysokim obcasie.
         Pierwotni wraz z czarownicą podeszli do lady. Pierwszy odezwał się Klaus.
- Dzień dobry. Mogłaby pani powiedzieć, gdzie możemy znaleźć ładną blondynkę o imieniu Jessica?
- A na jakie nazwisko ma pokój?
- Niestety tego nie wiemy. Była z nią taka brunetka o ciemnych oczach, podobnych do pani.
         Kobieta westchnęła.
- Niestety nie mogę zdradzić takich informacji.
- A może pani powiedzieć chociaż, czy jest nadal w hotelu? – zapytał Kol patrząc jej w oczy.
- Na mnie to nie działa – oznajmiła spokojnie.
         Pierwotni patrzyli na nią osłupieni.
- Werbena?
         Kobieta roześmiała się i pokręciła głową. Wtedy Kol sięgnął po telefon, który zadzwonił. Podał go od razu Bonnie. Ona chwyciła komórkę i wyszła na zewnątrz. Matka wyjaśniła jej jak wszystko powinno wyglądać i podała jej zaklęcie. Kiedy się rozłączyła, czarownica weszła z powrotem do środka. Pierwsi rozmawiali jeszcze z kobietą, która wyglądała już bardziej na zniecierpliwioną. Bonnie wpadła na pomysł, ale nie wiedziała czy się powiedzie. Chciała jednak zaryzykować. Podeszła do nich i zapytała recepcjonistkę:
- Można skorzystać z łazienki?
- Hmm… No nie wiem, nie powinna pani.
- Proszę – nalegała.
- Dobra… niech będzie. Jest na końcu korytarza po lewej.
- Dziękuję.
         Bonnie popędziła szybkim krokiem do łazienki. Była ona średniej wielkości i miała trzy kabiny. Pewnie dlatego, że większość pokoi miało własną łazienkę, pomyślała. Gdy upewniła się, że jest sama, wyciągnęła ze swojej torby księgę zaklęć. Niecierpliwie przewracała kartki jedna po drugiej aż w końcu znalazła. Było to zaklęcie, dzięki któremu mogła zobaczyć, gdzie jest przetrzymywana Katherine.
         Kiedy wypowiedziała zaklęcie, przed oczami ukazał jej się duży pokój. Wielkie łóżko, na którym leżała Kath. Wyglądała dziwnie. W ogóle się nie ruszała, jedynie oddychała, było widać po jej klatce piersiowej, która falowała. Była ubrana w tym, co opisywał Kol. Musiała spać albo była nieprzytomna. Bonnie przeraził widok związanych rąk i nóg. Usta miała zaklejone taśmą. Domyśliła się, że Jessica rzuciła na nią niejedno zaklęcie. Spojrzała na otoczenie. Było przyjemnie. Po jednej stronie łóżka znajdował się stolik nocny, a na nim kubek. Unosiła się z niego para.
         Czarownica postanowiła nie zwlekać i wyszła wizją z pokoju. Przynajmniej próbowała. Chciała się dowiedzieć jaki jest numer pomieszczenia. Wymagało to sporo wysiłku, ale udało się. 21, 21, 21, 21… Bonnie powtarzała liczbę jak zaklęcie. W końcu odcięła się. Znalazła się z powrotem w łazience. Bolała ją głowa. Schowała księgę do torby, podeszła do lustra i umyła ręce oraz obmyła twarz. Była już zmęczona. Co prawda zaklęcia, które już dzisiaj wykonała nie były trudne, ale trochę wyczerpujące.
         Ruszyła do wyjścia. Doszła do recepcji. Nic się nie zmieniło. Kol i Klaus nadal próbowali coś wyciągnąć od kobiety, ale nie wychodziło im to. Kol najchętniej urwałby jej głowę i poszukał informacji w komputerze, ale po pierwsze nie był pewny kim była recepcjonistka, po drugie nie znał hasła, a po trzecie nie chciał robić awantury.
- Dziękuję – powiedziała czarownica.
- Nikomu nie mów, bo mi się oberwie, że kogoś wpuściłam… Musicie wyjść, nie mogę wam pomóc. A ty – skierowała do Bonnie. – uważaj na nich.
         Skinęła głową i zmarszczyła brwi. Wyszła razem z pierwszymi z budynku.
- Są tu schody przeciwpożarowe?  - zapytał Kol. – Wejdę nawet po ścianie, żeby patrzeć w każde okno, czy nie ma Kath.
- Poszukajmy lepiej tych schodów. Wiem w jakim pokoju jest Katherine – spojrzała na Kola. – i niestety nie ma tam okien.
- Skąd ty to wiesz?
- Co robiłaś w łazience? – wtrącił się Klaus.
         Bonnie westchnęła i powiedziała im, co zrobiła.
- Muszę ci przyznać, że jesteś pomysłowa.
- Dzięki – wymamrotała.
- To chodźmy poszukać schodów z tyłu hotelu. Obyś się nie myliła do tego pokoju nr 21.
- Nie jestem taką dobrą czarownicą…
- Nie pleć bzdur – skarcił ją Kol.
- Nie plotę. Po prostu nie umiem jeszcze do końca posługiwać się całą magią. Moja babcia nie żyje… Moja mama jest wampirem. Nie mam teraz od kogo się uczyć.
- Hmm… Trochę w tym racji, ale twoja babka chyba zostawiła trochę ksiąg? – mówił Klaus, kiedy weszli w zaułek. – Są schody.
         Schody były, ale nie do ziemi. Znajdowały się prawie 3 metry nad ziemią. Bonnie nie miała szans tam wejść sama.
- Jak ja mam tam wejść? Nie jestem taka wysoka, a przede wszystkim nie jestem wampirem…
- Chwyć się któregoś z nas. Na plecy albo przytul się – uśmiechnął się szeroko Kol.
         Czarownica otwarła szeroko usta i później je zamknęła. Nie wierzyła, że to powiedział. „Przytul się”.
- Ugh…
- Wiem, że za nami nie przepadasz, ale to jest ważna sprawa.
- Nie lubię was – poprawiła go. – Nawet nie wiem, czy Mystic Falls jest tego warte.
- A Caroline? Bonnie to nie jest pocałunek! Przez te dwie, trzy sekundy ci się nic nie stanie.
         Przewróciła oczami i wzruszyła ramionami.
- Dobra, niech będzie – zatrzymała się. Który? – Hmm… Nie jestem taka lekka, jak się wydaje.
- Bonnie, jesteśmy wampirami, pierwotnymi – przypomniał Klaus. – Chodź. Ja cię wezmę.
         Czarownica zamarła. Chciała ruszyć w stronę Kola, a tu Klaus jej sam proponuje, że ją weźmie… „Oni mają racje, to tylko trzy sekundy”, pomyślała. Podeszła do Klausa. „Na plecy mu nie wskoczę”, dodała.
- Yyy… - jąknęła.
         Klaus westchnął i objął ją ramieniem. Bonnie czuła jego silną dłoń na ramieniu. Miała zamknięte oczy, a czoło niemal opierało się o jego klatkę piersiową. Czuła, że on w ogóle nie jest skrępowany. Po chwili znaleźli się na czymś.
         Dziewczyna poczuła kogoś wzrok na sobie. Otworzyła oczy i potem zorientowała się, że trzyma Klausa za kurtkę. Szybko zdjęła rękę i spuściła wzrok.
- Sorki…
         Nic nie odpowiedział, bo nagle obok nich znalazł się Kol. Spojrzał na nich.
- Bonnie! Żyjesz! – zażartował.
         Ona tylko przewróciła oczami i weszła na pierwszy stopień. Zatrzymał ją Klaus, który chwycił ją za ramię. Ich wzrok się spotkał, jednak czarownica odwróciła głowę.
- Ja pójdę pierwszy. Ty między nami – oznajmił.
- Niech będzie – wzruszyła ramionami.
         Weszli po schodach w milczeniu. Drzwi były zamknięte, jednak poradzili sobie z nimi bez problemu. Wchodzili po cichu, starając się, żeby nikt ich nie usłyszał. Znaleźli się na korytarzu podobnym do tego, co Bonnie na pierwszym piętrze, tylko nie było recepcji. Winda znajdowała się naprzeciw pokoju 12. Musieli się dostać na piętro wyżej.
         Nie ryzykowali jeżdżenia windą, dlatego przeszli przez korytarz i ponownie weszli po schodach.
         Na tym piętrze korytarz wyglądał identycznie jak niżej. Klaus ruszył szybkim krokiem, poszukując wzrokiem drzwi od pokoju z numerem 21. Znalazł. Przywołał ich machnięciem ręki.
         Stanęli wtedy przed wąskimi drzwiami, które Bonnie widziała w swojej wizji. Myślała nad tym, co się stanie. Wiedziała, że może się jej coś stać. Westchnęła i powiedziała:
- Co robimy?
- Wchodzimy? – zaproponował Kol.
         Sięgnął ręką do klamki, jednak odskoczył nagle.
- Cholera! Co za wiedźma.
- Nie wątpię – odparła. Teraz ona próbowała otworzyć drzwi. Udało się bez najmniejszego problemu. – To chyba nie działa na wiedźmy i czarownice.
- Zauważyłem – warknął.
- Oh… Chodźmy.
         Pierwotni potrzebowaliby zaproszenia, ale to był pokój hotelowy. Weszli za Bonnie do środka. Było tam czysto i trochę… pusto. Klaus ominął Bennett i wszedł do sypialni. To był jeden z pokoi, do których jest osobna łazienka.
- Katherine! – powiedział, gdy ją tylko ujrzał.
         Kol przebiegł koło Bonnie i poszedł do Klausa… Zatrzymał się, gdy zobaczył, że ktoś jeszcze jest w sypialni. Była to Jessica. Była trochę zdziwiona, ale spodziewała się, że ktoś w końcu przyjdzie.
- Bonnie nie wchodź! – krzyknął Klaus, gdy zobaczył wiedźmę.
         Było jednak za późno. Bonnie weszła do środka, a kiedy chciała się wycofać, trafiła na niewidzialną ścianę. Przygryzła dolną wargę i się odwróciła. Wszyscy patrzeli na nią, oprócz Kola. On patrzył na Kath. Leżała podobnie, jak wtedy, kiedy użyła zaklęcia.
- Nie wiem jak do cholery się tu dostaliście, ale nie powstrzymacie mnie! Katherine jest mi potrzebna. Kochasz ją – skierowała się do Kola. – I to mi pomoże. Chcę w końcu znaleźć sposób, by was zabić. Nie znoszę was ani żadnych wampirów. Czas, żeby się ich pozbyć.
         Bonnie pomyślała o swojej mamie i Caroline. Przypomniała sobie wtedy o zaklęciu, które podała jej matka przez telefon.
         Klaus skoczył na nią, jednak Jessica zrobiła unik i wymamrotała coś pod nosem. Po chwili pierwotny leżał na podłodze i zwijał się z bólu. Bonnie nigdy nie widziała, jak Klaus cierpi. Nie był to miły widok, jednak nie aż tak zły.
         Kol ocknął się i skierował się na Jessicę. Zaatakował. Kły mu się wysunęły. Ona tylko wypowiedziała zaklęcie, a on poleciał na ścianę.
- Ostatnim razem było podobnie, prawda? – zaśmiała się. – Jeszcze ty zostałaś Bonnie. Widzę, że nie jesteś tak potężna jak słyszałam.
- Mówiono o mnie, że jestem potężna? – zdziwiła się, ale wiedziała, że to głupie pytanie w tej sytuacji. – Z resztą nieważne.
         Zrobiła krok do przodu i niemalże natychmiast tego pożałowała. Upadła na kolana, odrzucając głowę do tyłu.
         Krzyknęła, ale nie dała za wygraną tak łatwo. Wstała z trudem. Jessica była wyraźnie zdziwiona i spróbowała jeszcze raz tego zaklęcia. Nie udało jej się. Bonnie wymawiała zaklęcia po kolei. Uznała, że czas na finał.
         Spojrzała na boki. Pierwsi nadal zwijali się z bólu, jednak próbowali wstać. Spojrzała na nich spod włosów, które opadły jej na twarz. Szybko je odgarnęła i wymówiła zaklęcie, które znalazła jej matka. Nie wiedziała, którego z pierwotnych wybrać.
         Wybrała Klausa. Wiedziała, że jest hybrydą i to trochę wzmocni zaklęcie. Powtarzała cały czas te samo zaklęcie. Jessica spojrzała na nią. Gniew i zaskoczenie było widać w jej oczach.
- Skąd znasz to zaklęcie?!
         Bonnie nie zwróciła na nią uwagi. Mówiła słowa, jakby recytowała wiersz. Niedługo potem Jessica krzyknęła z bólu. Złapała się za głowę i upadła na kolana. Bracia już wstawali o swoich siłach. Klaus miał się jednak trochę gorzej. Marszczył cały czas brwi.
- Kol, zabij już ją!
- Nie! – krzyknęła Jessica. – Zostawcie mnie… - brzmiała żałośnie.
         Kol podbiegł do niej i skręcił jej kark. Dopiero po chwili wszyscy zobaczyli, że Katherine patrzała na nich. Oczywiście nie mogła nic powiedzieć, bo nadal miała zaklejone usta. Kol podszedł do niej odlepił taśmę, rozerwał sznury, którymi byłą związana i przytulił ją do siebie. Dawno nie czuł się lepiej. Kath odczuwała podobnie. Spojrzała mu prosto w oczy, miała łzy w oczach, ale od razu zamrugała, żeby się ich pozbyć.
- Oh.. – wyjąkała tylko.
- Nic nie mów, nic nie mów – uciszył ją, głaszcząc dłonią jej włosy.
         Bonnie upadła na podłogę. Była wykończona, po chwili poczuła coś koło nosa. Ręką przesunęła po tym miejscu i zobaczyła krew. Ciekła jej z nosa. Klaus podszedł do niej i ukucnął, wziął ją na ręce, chciała zaprzeczyć, ale ona widziała już tylko ciemność.
         Kol wziął podobnie Katherine, tylko, że ona nie straciła przytomności. Uśmiechnęła się słabo do niego. Musiała być bardzo głodna, pierwotny o tym dobrze wiedział i obiecał jej, że zaraz się napije. Zostawili ciało Jessici w pokoju. Wyszli drzwiami głównymi, ale wcześniej spotkali recepcjonistkę.
- Jak?!
- Oh… Błagam, jeśli nie chcesz stracić głowy zamknij się. Możesz po nas też posprzątać, bo my nie zamierzamy – warknął Klaus.
         Zamilkła. Usiadła na krześle, nie wiedząc co powiedzieć. Patrzyła na nich, jak pierwotni wychodzili z kobietami w ramionach1.
         Szybko weszli do samochodu, który cały czas stał naprzeciw hotelu. Klaus razem z Bonnie usiadł z przodu. Zapiął jej pasy i chusteczką wytarł krew. Kol z Kath usiedli z tyłu. Nie chciał, żeby była chociaż metr od niego i pożywiła się na czarownicy.
         Ocknęła się. Obudziła się z bólem głowy. Otworzyła oczy i zauważyła, że leży w pokoju, który Kol i Klaus wynajęli. Nie miała pojęcia, ile już śpi. Usiadła, ale pożałowała tego. Przeszył ją ostry ból w brzuchu.
         Rozległo się pukanie do drzwi. 
_ _ _ 

1Jakby kobiety mdlały na ich widok i wpadały im w ramiona hahah (musiałam to napisać)
 

________________________


No i takim sposobem skończyłam ten rozdział :) 
Witam! W końcu dodałam rozdział, którego sama nie mogłam się doczekać ;)
Mam nadzieję, że się spodoba ;] A tak ogólnie Szczęśliwego Nowego Roku, trochę za późno, ale lepiej późno niż wcale :D 
Czytam obecnie "Miasto zagubionych dusz" Jestem bardzo zadowolona z Darów Anioła <3 Ale wcześniej czytałam "Kroniki Krwi" i "Akademię Wampirów" i są także genialne ;] Niestety albo na szczęście zakochałam się w kilku bohaterach z tych serii ;p ;c
Film Akademia Wampirów będzie w kwietniu i nie mogę się doczekać! 7 już trzeba iść do szkoły, więc nie wiem, kiedy dodam następny rozdział, ale wiem, że będzie ciekawy :)  Czytacie coś teraz? Pochwalcie się co!
Zostawiajcie po sobie komentarze, a zobaczę ile osób czyta ;* 
Pozdrawiam ^^

sobota, 7 grudnia 2013

ROZDZIAŁ XXII



Do pokoju weszła Caroline z trzema kubkami z krwią.
- Proszę – powiedziała, podając im po kubku. – Siadajcie. – wskazała krzesła naprzeciw jej łóżka, na którym usiadła.
- Dzięki – dodał Klaus.
- Dobra. O co chodzi? – zapytała.
- Mamy prośbę – odparł Kol.
- Raczej propozycję – wtrącił.
- Słucham uważnie.
         Kol z Klausem opowiedzieli jej wszystkie sytuacje. Czasem robili sobie krótkie przerwy na napicie się krwi. Próbowali nie ominąć żadnego szczegółu. Kiedy skończyli zapadła cisza.
         Przerwała ją Caroline:
- Czyli chcecie, żebym namówiła Bonnie, żeby wam pomogła w zamian za to, że?
- Pozwoliłbym Tylerowi wrócić już jutro.
- A jeśli tego nie zrobię? Mówiłeś, że pozwolisz mu wrócić za tydzień.
- No tak… - pomyślał Klaus.
         Zamiast hybrydy odezwał się Kol.
- Wtedy tego pożałujecie. W końcu macie pomóc nam w znalezieniu Katherine oraz pozbyłybyście się czar… wiedźmy.
         Caroline przygryzła dolną wargę. Widać było, że się zastanawia. Nie wiedziała, co zrobić. Po namyśle, jednak odpowiedziała:
- Spróbuję namówić Bonnie, ale niczego nie obiecuję. A co do tego, że pożałuję, Klaus się nie zgodzi.
- Pożałujesz w inny sposób. Na przykład skrzywdzę kogoś w niedalekich kręgach twoich znajomych.
- Przypominam ci, że mi coś obiecałeś.
- Jestem świadkiem – dodał Niklaus.
- Oh… Pierwszy raz mam taką sytuację… Mniejsza z tym. Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz zaraz do Bonnie. Tyler szybciej wróci . Inaczej kogoś naślę.
- Dobrze, dobrze. Zaraz pójdę…  - odparła poirytowana. – Najpierw się przebiorę, nie pójdę w takim stroju.
         Nie wyglądała najgorzej miała na sobie krótsze spodnie i T-shirt. Podeszła do swojej szafy, otworzyła jedną połowę, gdzie rzeczy poukładane były na półkach. Stanęła, myśląc, co ma ubrać.
- Ubierz czarne spodnie i białą bluzkę z nadrukiem – powiedział Klaus.
         Ona odwróciła się do niego i skarciła wzrokiem.
- Niech będzie – zmarszczyła brwi.
         Wzięła ciuchy i poszła do łazienki się przebrać. Bracia tymczasem opróżnili swoje kubki do dna. Czekali niecierpliwie na Caroline. Kiedy wróciła, zerknęła na obu.
- Gotowi?
- To raczej my powinniśmy zapytać o to ciebie – rzekł Kol.
- Dzięki… Dobra wezmę tylko jakiś…
- Jest ciepło – znów wtrącił się Niklaus.
- Okej… To jest dziwne, ale dobra. Chodźmy już.
         Nie odpowiedzieli. Po prostu ruszyli za blond wampirzycą. Oznajmiła mamie, że wychodzi.
         Szli na skróty. Nie było to daleko, ale jak Kol powiedział „każda minuta się liczy”. Bracia odprowadzili ją prawie pod sam dom i zawrócili. Wiedzieli, że Bonnie nie zaprosi ich do domu, więc nie ryzykowali. Odeszli niedaleko. Usiedli na jednej z ławek niedaleko domu czarownicy.
- Czemu tak ci zależy na Katherine? – zapytał znienacka Klaus.
- Kocham ją – powiedział krótko.
- To się domyślam, ale dlaczego?
- Podoba mi się. Jest ostra, seksowna. Pociąga mnie. Lubi ryzyko.
- Jest podobna do ciebie… Trochę. Też lubi się zemścić. Lubisz ryzyko, łamiesz zasady. Przykładem jest, jak chciałeś zabić Matta podczas balu.
- A to… Pamiętam. Wykręciłem mu tylko rękę, bo Damon na mnie skoczył – uśmiechnął się na to wspomnienie. – Ciekawie było.
- Nie mogę zaprzeczyć.
- Wtedy każdy był na ciebie zły, a szczególnie ja – dodał Kol.
         Klaus spojrzał na niego pytająco.
- Za to, że mnie zasztyletowałeś, braciszku – jego uśmiech nie zniknął z twarzy.
- No tak – odwrócił wzrok. – To było dawno. Można powiedzieć.
- Niech będzie, zmienię temat. Nikogo nie masz u swojego boku?
         Klaus spuścił głowę i się roześmiał.
- Co cię tak śmieszy?
- Ty.
- Niby dlaczego?
- Sam już nie wiem. Zadajesz pytania o kobietach, chociaż twoją „porwano”.
- No tak… - westchnął. – Masz trochę racji… Po prostu nie chcę o tym myśleć. A o innych myślenie odrywa mnie od rzeczywistości, trochę – wyznał.
- Wydusiłeś to z siebie, no w końcu.
         Zapadła długa, złowroga cisza. Przerwała ją Caroline. Towarzyszyła jej Bonnie. Bracia jakby porażeni prądem wstali, gdy je ujrzeli. Bonnie miała na sobie dżinsy i ciemną bluzkę. Jej twarz nie kryła, że jest niezadowolona. Stanęła przed nimi z założonymi rękoma na piersi.
- Wszystko powiedziałam Bonnie. W zamian musicie jeszcze coś jej obiecać.
- Co? – zdziwił się Kol.
- Nie zabijecie żadnej osoby z Mystic Falls, ani osób, które tutaj będą przejazdem i tym podobne – była konkretna. W końcu była czarownicą.
- Ale możemy się pożywiać, tak? – zapytał z sarkazmem.
- W małych ilościach. Nie możecie zabijać. Inaczej ja się z wami rozprawię – powiedziała stanowczo. - Kiedy zaczynamy? Mam chyba wszystkie potrzebne rzeczy – wskazała swoją torbę, zawieszoną na ramieniu.
- Najlepiej teraz, idziemy do mnie – dodał Kol, wstając z ławki.
         Klaus także wstał.
- I jeszcze Tyler wraca jutro do Mystic Falls – wtrąciła, patrząc się na Klausa.
- Tak, zgadza się – skierował się do Caroline. – Możesz do niego napisać lub zadzwonić. Ja jeszcze dam mu znać dzisiaj.
- Już to zrobiłam – odparła.
         Klaus uniósł pytająco brew, a ona się uśmiechnęła. Wreszcie ruszyli do domu Kola. Szli, milcząc. Prowadził Kol, a obok niego szedł jego brat. Za nimi szły Caroline i Bonnie.
         Doszli do wyznaczonego miejsca. Kiedy znaleźli się w salonie, Bonnie usiadła wygodnie na kanapie przy stoliku. Caroline postąpiła podobnie. Pierwotni woleli postać i popatrzeć.
- Najpierw muszę ją zlokalizować – oznajmiła, wyciągając z torby małą mapkę i nożyk. – Daj mi swoją rękę. Jesteś jej chłopakiem. Potrzebuję twojej krwi.
         Kol podszedł do niej i podał bez wahania dłoń. Wzięła ją i przecięła. Pierwszy złożył ją w pięść i pozwolił kroplom krwi pospadać na mapę.
- Wystarczy – powiedziała Bonnie.

         Nie patrząc na niego zwiesiła swoje ręce nad mapą. Zaczęła wymawiać zaklęcie. Nagle krople krwi złączyły się w jedną i kręciły się po mapce. Ostatecznie zatrzymała się na mieście, które znali dobrze.
Nowy Orlean.
- Cholera – mruknął Klaus.
- Musimy tam zaraz jechać. Bonnie jedziesz z nami – odezwał się po chwili Kol.
- Słucham? – zapytała zdziwiona.
- Słyszałaś. Musisz nam pomóc uratować Katherine.
- Pomogłam wam.
- W znalezieniu jej, a nie uwolnieniu – wtrącił Niklaus.
- Dobra, dobra. Pojadę… - westchnęła.
- To weź z domu najpotrzebniejsze rzeczy.
- Jak długo tam będziemy?
- Najmniej trzy dni. Sam dojazd zajmuje parę godzin.
- Caroline, możesz mi przypomnieć, dlaczego się zgodziłam?
- Zrobiłaś to między innymi dla mnie i dla Mystic Falls.
         Westchnęła ponownie. „Czemu jestem taką silną czarownicą?”, zapytała się w myślach. Caroline posłała jej jedynie wymuszony uśmiech.
- Dasz radę. Jesteś silna.
- Dzięki – odparła. Skierowała się do Klausa i Kola. – Pójdę tylko po najpotrzebniejsze rzeczy. Pamiętajcie, że nie jestem waszą własnością. Robię to tylko dla Caroline i…
- I Mystic Falls. Tak załapaliśmy. Idź już, poczekamy koło Mystic Grillu na ciebie. Najlepiej wyjechać jak najszybciej.
         Caroline miała już iść, lecz wcześniej przytuliła swoją przyjaciółkę i powtórzyła:
- Pamiętaj jesteś silna, nie daj się zastraszyć.
- Dziękuję – odwzajemniła uścisk.
- To ja powinnam ci podziękować.
         Uwolniła ją od uścisku i uśmiechnęły się do siebie szczerze.
- Idź już… - powiedziała Caroline.
Czarownica odwróciła się i poszła pewnym krokiem do swojego domu, który był jakieś 15 minut drogi od domu Kola. Szła po najpotrzebniejsze rzeczy.
Wzięła walizkę, do której spakowała parę ciuszków, buty i bieliznę oraz kosmetyczkę szczoteczkę do zębów i trochę werbeny, a także dwie księgi z czarami. Wcześniej zażyła trochę werbeny, ale zawsze trzeba się zabezpieczyć. Chociaż na dworze było ciepło, założyła skórzaną kurtkę. Podwinęła rękawy i wyszła ciągnąc za sobą walizkę.
         Gdy doszła na umówione miejsce bracia czekali. Nie mieli żadnej walizki ani torby. Zdziwiła się, ale nie okazywała tego. Z jej twarzy, tak jak z ich, nie było można odczytać smutku ani niechęci.
- Gotowa? – zapytał Klaus.
- Um… Tak. – westchnęła i dodała. – Czym jedziemy?
- Autem – powiedział Kol wskazując głową parking obok baru.
         Stało tam czarne bmw.
- Że tym? – niedowierzała.
- Tak. Najszybsze auto, które udało nam się znaleźć w tym czasie. Nie mamy chwili do stracenia – mówił Kol.
- No dobra…
         Po 2 minutach wszyscy byli już w aucie. Bracia usiedli z przodu, a Bonnie z tyłu. Walizkę schowała do bagażnika. Kiedy wyjechali, czarownica zapytała ciekawa.
- Nie macie żadnych rzeczy?
- Nie… Załatwimy sobie coś na miejscu, mamy wystarczająco pieniędzy – odparł Klaus.
         To Kol prowadził. Siedział cicho, skupiony jedynie na drodze.  Jechał dość szybko, ale to było zrozumiałe. Chciał uratować swoją dziewczynę przed nieprzewidywalną wiedźmą. Pewnie cały czas o niej rozmyślał.
- Możesz się przespać, jak chcesz, podróż będzie trochę trwała, a tobie przyda się odpoczynek. Musisz mieć siły, gdybyś miała pokonać Jessicę. – od wyjazdu Kol pierwszy raz się odezwał.
- Może za chwilę – wymamrotała Bonnie.
         Po dziesięciu minutach drogi czarownica zasnęła oparta o głową o szybę. Sen miała głęboki, a zarazem spokojny. W tym czasie Klaus zagadał do Kola.
- Nie denerwuj się. Dopadniemy ją.
- Wiesz co?
- Co?
- Kiedy dopadniemy Jessicę, ty się nią zajmiesz. Skłamałbym, że nie chcę się zemścić, ale… - nie dokończył, bo przerwał mu Niklaus.
- Nie mów więcej. Rozumiem. Chcesz się zająć Katherine. Nie wiem do końca, co czujesz, ale pomagam ci, bo jesteś moim bratem. Moją rodziną – uśmiechnął się.
         Kol nie wiedząc, co powiedzieć, pokiwał głową i dodał tylko:
- Dzięki.
         Zapadła cisza. Towarzyszyła im do końca drogi. Obudzili Bonnie. Zatrzymali się przed Motelem „New Orlean”. Bardzo pomysłowe, są w mieście i w motelu o nazwie Nowy Orlean. Nie było chyba łatwiejszej nazwy do zapamiętania.
- Dostanę osobny pokój?
- Jeśli chodzi ci konkretnie o pokój to tak. Tak jakby mieszkamy razem.
- Ahaa… Chyba rozumiem. Można powiedzieć, że to jest mieszkanie, w którym ja mam swój pokój.
         Klaus potwierdził i ruszyli do recepty. Za ladą siedziała piękna blondynka o brązowych oczach. Miała na sobie obcisłą bluzkę i spódnicę, sięgającą jej do połowy ud.
- W czym mogę pomóc?
- Chcemy zarezerwować „jakieś mieszkanko”.
- Rozumiem, że mają być dwa pokoje.
- Najlepiej trzy – dodał Kol pośpiesznie.
- Już szukam – spojrzała się w monitor komputera i napisała coś na klawiaturze. Po chwili uśmiechnęła się i dodała. – Jest wolne na drugim piętrze. Można powiedzieć pierwsza klasa.
- Dobrze. Można zapłacić później?
- Hmm… Powinniście zapłacić od razu – ugryzła dolną wargę.
- Zapłacimy później – zahipnotyzował ją hybryda.
         Ona jedynie posłusznie przytaknęła i podała im klucz do pokoju numer 9. Ruszyli w stronę schodów.
- Ugh… Nie zabrałam walizki – powiedziała Bonnie.
- Przyniosę ci ją później – oznajmił twardo Kol.
         Chciała zaprzeczyć, ale Klaus spojrzał na nią ostro. Westchnęła. Gdy znaleźli się na drugim piętrze, zaczęli rozglądać się, poszukując mieszkania z numerem 9 na drzwiach. Znalazła je Bonnie. Zawołała braci i otworzyli drzwi.
         Kiedy weszli do środka, ukazał im się przestronny salon z dwoma fotelami oraz kanapą, stolikiem i telewizorem. Po bokach znajdowały się drzwi. Łącznie było ich troje.
- Zaklepuję ten po lewej – odezwała się bez wahania. To był jeden pokój po tej stronie.
- Niech będzie – dodał Klaus.
- Bonnie – zwrócił się do niej Kol.
         Oparła się o ścianę i założyła ręce na piersi. Zmarszczyła brwi.
- Co?
- Zaraz przyniosę ci walizkę… Możesz rzucić jeszcze jakieś zaklęcie, żeby dowiedzieć się, gdzie dokładnie znajduje się Kath?
- Hmm… Chyba tak. Będzie wyglądało podobnie, ale potrzebuję mapkę Nowego Orleanu i znów twojej… krwi. I innego zaklęcia użyję, bo zakładamy, że są blisko.
- Dobrze. Zaraz wrócę.
         Kol wyszedł z pomieszczenia. Bonnie chciała wejść do pokoju, ale nagle koło niej znalazł się Klaus.
- Wiem, że wiedźmy używają czarnej magii… Ty jesteś czarownicą, nie? To czym się różnicie, nie licząc magii?
- My czerpiemy moc z żywiołów. A one… No z ludzi, wilkołaków i… wampirów też.
- Ah… Pierwotnych też?
         Bonnie wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nigdy nie poznałam wiedźmy, no nie wliczając Jessici.
- A co się stanie, jeśli wezmą moc z wampirów? Na przykład z Katherine?
- Tego też do końca nie wiem, ale może się dowiem, jeśli zadzwonię do mojej mamy. Będę próbowała się czegoś dowiedzieć. Nie myślcie tylko, że robię to dla was.
- Tak, wiem. Robisz to dla Caroline i Mystic Falls.
- Właśnie. Zadzwoń lepiej do Tylera. Albo daj mu znać, że może wrócić do Caroline.
- Niech będzie, a ty się zajmij lokalizacją.
         Czarownica pokiwała głową i weszła do swojego pokoju. Wtedy Klaus sięgnął po telefon i wybrał jakiś numer.
- Garrett? Tu Klaus. Przekaż wiadomość Tylerowi, że może wracać do Mystic Falls to swojej dziewczyny. No i jak zawsze, daj znać, że ode mnie ta wiadomość.
- Mówisz poważnie, chcesz, żeby wrócił do Mystic Falls?
- Tak… Nawet nie pytaj, dlaczego – powiedział stanowczo Klaus.
- Dobra. Już go łapię i mówię.
- Na razie.
         Rozłączył się. Właśnie wszedł Kol. W ręce trzymał walizkę Bonnie.
- Podam jej walizkę – jego głos był spokojny i opanowany, ale było słychać też rozpacz.
- Okej. Ja pójdę do tego pokoju – wskazał pierwszy. Na pewno było mu to obojętne.
         Nie odzywając się więcej, zniknął za drzwiami. Kol skierował się do drzwi pokoju Bonnie. Zapukał.
- Wejdź – zaprosiła go.
         Pierwotny posłusznie wszedł. Ujrzał średniej wielkości pokój. Było tam łóżko, stolik nocny, biurko oraz mała lodówka, a także półka. Czarownica siedziała przy biurku z księgą zaklęć.
- Widzę, że nie tracisz czasu.
- Chcę jak najszybciej wrócić do domu.
- No tak… Możemy zaczynać?
- Hmm… Myślę, że tak. Masz mapę?
- Tak. Nie musiałem długo szukać.
         Bonnie pokiwała głową i powiedziała Kolu, żeby usiadł na krześle. Wcześniej podał jej mapę.
- Daj mi rękę.
         Stało się podobnie, jak wcześniej. Kilka kropel stało się jednością i znów wędrowała  po mapie. Zatrzymała się na jakimś hotelu. Nazywał się „U Jake’a”.
- Wyruszamy za dwadzieścia minut. Przygotuj się – powiedział, wstając.
         Westchnęła i pokiwała twierdząco głową.
- Wcześniej pójdę jeszcze na dół do stołówki, muszę coś zjeść.
- Nie. Kupię ci coś po drodze.
- Nie. Mam prawo sobie zjeść, co chcę i gdzie chcę – powiedziała stanowczo.
         Kol patrzał na nią ostro, ale wiedział, że nie może jej rozkazywał. Pokręcił głową i wychodząc powiedział tylko.
- Dobrze. 


___________________



Zacznę ponownie przeprosinami. Miałam ostatnio dużo na głowię. Zastanawiałam się nad usunięciem blogów, ale koleżanka wybiła mi to z głowy. Jednak, będę o wiele rzadziej dodawała następne rozdziały na blogach. W święta powinnam pisać więcej :) W ferie także. Nie jestem jednak pewna... Bardzo mało osób obecnie czyta te blogi. Chyba tylko jedna - Katherine. Dziękuję ci :* Bez ciebie ten blog chyba, by nie istniał. 
Mam małą nadzieję, że ten rozdział się wam spodoba ^^

piątek, 29 listopada 2013

Hej ;]
Szczerze, przez parę chwil chciałam usunąć blogi, ale teraz nie wiem. Nie wiem, czy mogłabym wam taką przykrość wyrządzić (chociaż pewnie zaczęłabym pisać inny) Co sądzicie? Pomóżcie mi w wyborze!!!